"Jest to historia człowieka, którego dziś nazwać by można technokratą - mówił reżyser. - Układy wynoszą go, niejako mechanicznie, na kolejne szczeble drabiny społecznej. Dzieje się to kosztem coraz większych kompromisów. Chciałem, by była to postać bezwzględna w robieniu kariery, a zarazem słaby mężczyzna - u Nałkowskiej bowiem nie ma mocnych mężczyzn! To kobiety są mocne. (...). Postacie Elżbiety i Justyny stanowią syntezę kobiecej natury. Obie się w pewnym sensie uzupełniają (...). Wiele miejsca poświęciłem zarysowaniu realistycznego tła społecznego okresu dwudziestolecia (...)".