Przez lata zestawienie słów „polski” i „horror”, wystarczało, żeby uruchomić cały pakiet reakcji obronnych. Niedowierzanie, uśmiech, czasem pobłażliwość. Bo przecież polskie kino może być ciężkie, społeczne, historyczne, wojenne, najlepiej jeszcze pomieszane z listopadowym błotem po kostki. Ale żeby straszyć? I to na serio?
Julia Henel
Jednym z najważniejszych punktów na tej dość skromnej mapie rodzimej grozy jest „Wilczyca” Marka Piestraka. Film nakręcony w 1982 roku, a wprowadzony do kin w 1983, to kostiumowy horror o klątwie, zemście zza grobu i kobiecie powracającej pod postacią wilczycy. Dziś może wywoływać zupełnie inne emocje niż czterdzieści lat temu, ale sam fakt, że taki film w PRL-u powstał, jest znaczący. Pokazał, że polska historia, lokalne wierzenia, dworek i las mogą być materiałem na horror. Nie trzeba importować nawiedzonego domu z angielskich wrzosowisk. Wystarczy zajrzeć do własnej piwnicy.
Problem w tym, że po „Wilczycy” nie powstał żaden trwały przemysł straszenia. Horror pojawiał się raczej punktowo, trochę jak nieproszony gość. Wchodził, robił zamieszanie i znowu znikał na kilka lat. Dlatego kiedy dzisiaj słyszymy „polski horror”, wciąż często zapala się lampka ostrzegawcza. Nie pytamy: czy będzie straszny? Najpierw pytamy: czy nie będzie śmieszny?
– Myślę, że powoli przestajemy się horroru wstydzić – mówi Bartosz M. Kowalski. – Przez wiele lat w Polsce istniało przekonanie, że kino gatunkowe jest z definicji czymś mniej poważnym, trochę gorszym, a jeżeli film ma ambicje artystyczne, to najlepiej, żeby nie dało się go zbyt łatwo nazwać horrorem.
– Nie mamy jeszcze przemysłu kina gatunkowego w takim sensie, w jakim istnieje on w wielu innych krajach – dodaje. – Każdy horror jest u nas trochę osobnym eksperymentem.
Trudno znaleźć lepszy przykład niż jego filmografia. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” bierze na warsztat slasher. Grupa młodych ludzi, odludzie, mordercę i kolejne ciała. „Ostatnia wieczerza” idzie w stronę okultyzmu i klasztornej grozy. „Cisza nocna” wykorzystuje elementy horroru do opowieści o starości, samotności i odchodzeniu. „13 dni do wakacji” zamyka młodych bohaterów w domu i miesza slasher z home invasion. Jednego spójnego „stylu polskiego horroru” z tego nie zbudujemy. Ale czy to aby na pewno wada?
Kowalski zwraca uwagę na błędne koło, w którym tkwimy od lat. Dla części instytucji horror jest zbyt komercyjny, żeby uznać go za kino artystyczne. Dla producentów i dystrybutorów bywa z kolei zbyt niszowy, żeby potraktować go jak bezpieczną inwestycję.
– Nie robimy horrorów, bo nie ma na nie rynku, a rynek nie powstaje, bo ich nie robimy – mówi reżyser.
Tym ciekawsze jest to, że młodzi twórcy wcale od gatunku nie uciekają. Wręcz przeciwnie. Wchodzą w niego od razu, często przy pierwszym pełnym metrażu, bez wielu lat ostrożnego rozbiegu. I niekoniecznie chcą tylko straszyć.
Agata Trzebuchowska bierze horror i zaszywa go pod skórą swojego debiutanckiego „SICK”. To kino coming-of-age – szesnastoletni Maks spędza wakacje na Mazurach ze swoją siostrą Emmą, opiekuje się schorowaną babcią, a miejsce, które zna z dzieciństwa nagle przestaje być bezpieczną przestrzenią. Dorastanie miesza się z cielesnością, pożądaniem, wstydem i tabu. Nie ma klasycznej bestii wyskakującej zza drzwi. Potwór rodzi się gdzieś pomiędzy bohaterami.