Horror jest pod spodem – Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Przejdź do treści

Horror jest pod spodem
 

Gazeta festiwalowa Opublikowano 26.09.2026
Horror jest pod spodem
Wilczyca

Przez lata zestawienie słów „polski” i „horror”, wystarczało, żeby uruchomić cały pakiet reakcji obronnych. Niedowierzanie, uśmiech, czasem pobłażliwość. Bo przecież polskie kino może być ciężkie, społeczne, historyczne, wojenne, najlepiej jeszcze pomieszane z listopadowym błotem po kostki. Ale żeby straszyć? I to na serio?

Julia Henel

Jednym z najważniejszych punktów na tej dość skromnej mapie rodzimej grozy jest „Wilczyca” Marka Piestraka. Film nakręcony w 1982 roku, a wprowadzony do kin w 1983, to kostiumowy horror o klątwie, zemście zza grobu i kobiecie powracającej pod postacią wilczycy. Dziś może wywoływać zupełnie inne emocje niż czterdzieści lat temu, ale sam fakt, że taki film w PRL-u powstał, jest znaczący. Pokazał, że polska historia, lokalne wierzenia, dworek i las mogą być materiałem na horror. Nie trzeba importować nawiedzonego domu z angielskich wrzosowisk. Wystarczy zajrzeć do własnej piwnicy.

Problem w tym, że po „Wilczycy” nie powstał żaden trwały przemysł straszenia. Horror pojawiał się raczej punktowo, trochę jak nieproszony gość. Wchodził, robił zamieszanie i znowu znikał na kilka lat. Dlatego kiedy dzisiaj słyszymy „polski horror”, wciąż często zapala się lampka ostrzegawcza. Nie pytamy: czy będzie straszny? Najpierw pytamy: czy nie będzie śmieszny?

– Myślę, że powoli przestajemy się horroru wstydzić – mówi Bartosz M. Kowalski. – Przez wiele lat w Polsce istniało przekonanie, że kino gatunkowe jest z definicji czymś mniej poważnym, trochę gorszym, a jeżeli film ma ambicje artystyczne, to najlepiej, żeby nie dało się go zbyt łatwo nazwać horrorem.

– Nie mamy jeszcze przemysłu kina gatunkowego w takim sensie, w jakim istnieje on w wielu innych krajach – dodaje. – Każdy horror jest u nas trochę osobnym eksperymentem. 

Trudno znaleźć lepszy przykład niż jego filmografia. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” bierze na warsztat slasher. Grupa młodych ludzi, odludzie, mordercę i kolejne ciała. „Ostatnia wieczerza” idzie w stronę okultyzmu i klasztornej grozy. „Cisza nocna” wykorzystuje elementy horroru do opowieści o starości, samotności i odchodzeniu. „13 dni do wakacji” zamyka młodych bohaterów w domu i miesza slasher z home invasion. Jednego spójnego „stylu polskiego horroru” z tego nie zbudujemy. Ale czy to aby na pewno wada?

Kowalski zwraca uwagę na błędne koło, w którym tkwimy od lat. Dla części instytucji horror jest zbyt komercyjny, żeby uznać go za kino artystyczne. Dla producentów i dystrybutorów bywa z kolei zbyt niszowy, żeby potraktować go jak bezpieczną inwestycję.

– Nie robimy horrorów, bo nie ma na nie rynku, a rynek nie powstaje, bo ich nie robimy – mówi reżyser.

Tym ciekawsze jest to, że młodzi twórcy wcale od gatunku nie uciekają. Wręcz przeciwnie. Wchodzą w niego od razu, często przy pierwszym pełnym metrażu, bez wielu lat ostrożnego rozbiegu. I niekoniecznie chcą tylko straszyć.

Agata Trzebuchowska bierze horror i zaszywa go pod skórą swojego debiutanckiego „SICK”. To kino coming-of-age – szesnastoletni Maks spędza wakacje na Mazurach ze swoją siostrą Emmą, opiekuje się schorowaną babcią, a miejsce, które zna z dzieciństwa nagle przestaje być bezpieczną przestrzenią. Dorastanie miesza się z cielesnością, pożądaniem, wstydem i tabu. Nie ma klasycznej bestii wyskakującej zza drzwi. Potwór rodzi się gdzieś pomiędzy bohaterami.

Cenimy Twoją prywatność
Używamy opcjonalnych plików cookie, aby zapewnić najlepszą funkcjonalność strony. Jeśli odrzucisz opcjonalne pliki cookie, stosowane będą wyłącznie pliki cookie niezbędne do funkcjonowania strony. Więcej informacji znajduje się w naszej polityce prywatności