W swoich filmach często wracam do ludzi, którzy są ze sobą blisko. Chyba dlatego, że kiedy byłem młodszy, sam chciałem mieć z kimś taką relację. Kogoś, z kim można robić wszystko, mówić sobie wszystko i po prostu zawsze być razem. Kiedy najbardziej tego potrzebowałem, nie miałem takiej osoby. Może dlatego zostało mi to do dziś i lubię szukać takich relacji w kinie. W „Honeymoon” po raz pierwszy chciałem przyjrzeć się tego rodzaju bliskości między matką a synem.
Marina urodziła Huberta, kiedy miała piętnaście lat, więc właściwie trochę dorastali razem. Są rodziną, ale są też najlepszymi przyjaciółmi. Mają swoje żarty, wygłupiają się, słuchają tej samej muzyki. Chciałem, żeby było widać, że naprawdę lubią być razem.
Dużo myślałem przy tym o swojej mamie. Mieliśmy burzliwą relację, szczególnie kiedy byłem młodszy. Potrafiłem powiedzieć jej naprawdę okropne rzeczy, wiele razy przeze mnie płakała. Wtedy wydawało mi się, że to ja mam rację. Dzisiaj wielu z tych rzeczy żałuję. Im dłużej pisałem o tych dwoje, tym częściej myślałem też o nas.