O gustach się dyskutuje – Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Przejdź do treści

O gustach się dyskutuje
 

Gazeta festiwalowa Opublikowano 26.09.2026
O gustach się dyskutuje
Fot. Anna Bobrowska

 

 

Natalia Barczak

51. Edycja FPFF zawiera w sobie tradycję i powiew nowoczesności. Zasłyszane rozmowy w kinowych kuluarach zaczynające się od dzieł Andrzeja Wajdy i Krzysztofa Kieślowskiego, a kończące się na twórczości Jana Komasy.  W specyficznym czasie i miejscu jakim jest festiwal filmowy, te debaty są bardziej profesjonalne i wyspecjalizowane.     Festiwal staje się kolebką dyskusji o stanie narodowej kinematografii.

Goście i gościnie festiwalu różnią się od siebie spojrzeniem na polski film. I wydawać by się mogło, że jest to dość oczywiste, przecież każdy z nas ma różny gust. Znane powiedzenie „O gustach się nie dyskutuje” zakłada, że kwestie subiektywne muszą pozostać w przestrzeni prywatnej. Skutkuje to brakiem konfrontowania ze sobą odmiennych opinii. Zakładanie, że wymiana zdań i poglądów, może wyłącznie zaszkodzić, jest błędne. Na bazie szerokiej i wielowątkowej dyskusji, wnioski z niej wyciągnięte stają się konstruktywne i potrzebne.

Bez debaty, pojawia się paradoks, sprzeczność między etykietą, a wymiana opinii. Nisza, jaką jest kino polskie, z jednej strony chętnie krytykowane, zaś z drugiej przesadnie i bezkrytycznie uwielbiane, stanowi w dyskusji społecznej polaryzujący element. Jak wypowiedzieć się o filmie, w żaden sposób nie urażając jego twórców i odbiorców? Jak przeprowadzić dyskusję dotyczącą zmian w kinie polskim, jeśli głęboko zakorzenione są wzorce i postacie-posągi? Odpowiedź zawiera się w słowie kanon.

Według definicji Słownika PWN oznacza ono „zespół wzorców, reguł i metod wytwarzania obowiązujących w danym okresie w odniesieniu do przedstawiania ludzkiej postaci, stylu architektonicznego lub wszelkich form artystycznych na określonym obszarze”. Co za tym idzie, jeśli odniesie się powyższe wyjaśnienia do materii kina, na myśl nasuwa się pewną sprzeczność. Pojęcie związane z religią i duchowością dotyka sfery przyziemnej. W rozumieniu wyznaczników kanonu filmowe uniesienia będą rozumiane jako stworzenie listy niemal świętych pozycji, absolutnych must see.

Jednocześnie jednak cierpimy też na wręcz histeryczny lęk przed remakami klasyków, rozumiany jako naruszenie domniemanej świętości oryginału. Jednak im bardziej polscy twórcy i twórczynie eksperymentują z gatunkami filmowymi i wychodzą poza schemat bezpiecznych produkcji (najczęściej to dramaty, biopici i kino gangsterskie), to i widzowie i widzki stają się bardziej otwarci i przekraczają własną granice komfortu. I co za tym idzie, początkowo łamią, a później obalają utrwalony kanon.

Nowe pokolenie nie ma potrzeby odwoływania się do kultowych pozycji. Zamiast choćby nostalgicznych wycieczek do PRL-u, potrzebują innych opowieści, z którymi mogą się utożsamić.

Festiwalową publiczność zapytałam o ich odczucia względem filmów konkursowych. Dla pani Anny z Wejherowa przyjazd na festiwal w Gdyni, to rodzinna tradycja. Za najlepszy z dotychczas obejrzanych w tym roku filmów uznała „Dziki, dziki wschód” Jana Holoubka.

Festiwalowe rozczarowania wolała przemilczeć, co kontrastuje z wypowiedzią pana Łukasza z Wrocławia. Ten bez wahania wskazał „Exotic” Sonji Orlewicz–Zakrzewskiej jako miłe zaskoczenie filmowe, a „Hot Spot” Agnieszki Smoczyńskiej to seans, na który nie zdecyduje się ponownie. Jakie oczekiwania ma wobec filmów konkursowych?

– Najważniejsze jest dla mnie dobrze spędzić czas na sali kinowej i żeby film pozostał w pamięci – mówi.

Pani Stanisława z Nakła nad Notecią jako film wybitny określiła „Ojczyznę” Pawła Pawlikowskiego, a podczas festiwalu najważniejsze jest dla niej znalezienie „perełek”. Równie pozytywnie wypowiada się o możliwości obejrzenia zrekonstruowanych produkcji, przy namiocie Telewizji Polskiej, w tym twórczości Andrzeja Wajdy.

Pani Monika z Warszawy do grona filmów szczególnych i wartych zapamiętania zalicza „Naszą rewolucję” Piotra Domalewskiego za „piękną historię miłosną w trudnych czasach komuny”, zaś kontrowersyjne „Òpi” Marty Giec określa jako film ciekawy i nieszablonowy. Na festiwal przyjechała, by obejrzeć przedpremierowo filmy swoich ulubionych reżyserów i zobaczyć aktorów z bliska.

Pan Tomasz z Gdańska motywuje swój przyjazd na festiwal wielką pasją do kina, zwłaszcza polskiego. Jako produkcję szczególnie wartą uwagi wskazuje „Ojczyznę” Pawła Pawlikowskiego i „Violettę Villas” Karoliny Bielawskiej. Pan Maciej z Redy do grona ulubionych filmów zaklasyfikuje „Dziki, dziki wschód” oraz „Syrenkę Picassa” Janusza Zaorskiego. Oczekiwanie wobec festiwalu?

– Chcę wrócić z pozytywnymi filmowymi wspomnieniami.

Wielu innych uczestników również za najlepsze i najciekawsze uznawali filmy Pawła Pawlikowskiego, Jana Holoubka i Sonji Orlewicz–Zakrzewskiej. Czy tak właśnie tworzy ustanowią nowy kanon polskiego kina?

Cenimy Twoją prywatność
Używamy opcjonalnych plików cookie, aby zapewnić najlepszą funkcjonalność strony. Jeśli odrzucisz opcjonalne pliki cookie, stosowane będą wyłącznie pliki cookie niezbędne do funkcjonowania strony. Więcej informacji znajduje się w naszej polityce prywatności