Świat Marii Wider gęstnieje niespiesznie. Sklejony skrzepniętą krwią ze świeżej rany na łydce i wygazowanym piwem z plastikowego kubka na lokalnym festynie. Płynie między kaskadami wszystkich znanych nam płynów młodości, aż płynie wraz z nimi, pośród morza zatopionych w poszewce łez, potu, co to zbiera się w letnie wieczory pod stójką kołnierza, śliny dzielonej między speszonymi ekscytacją ustami i lepkimi powodziami bitej śmietany na chrupiącej tarczy gofra.
Tak płynna młodość jest boleśnie nieprzewidywalna. Targają nią cykliczne przypływy ekscytacji i gorączkowe odpływy resztek nadziei, wprost na plaże zaśmiecone całą samotnością, jaką tylko pomieścić może w sobie siedemnastoletnia Nina.
Wszystko w tym filmie pulsuje tym rytmem: bezwzględnym napieraniem fali i następującym po nim, bezszelestnym odsłonięciem dna. Młodość u Wider nie jest statycznym portretem, lecz nieustannym ruchem wahadłowym pomiędzy stanem wrzenia a nagłą, stopklatką lodowatej alienacji.
We „Fluidach” Nina i Miki szukają w tym bezgranicznym upłynnieniu stałości – lub przynajmniej form stałego fundamentu. A przeciwko nim jest wiele, bo i poszukiwanie mitycznego „ja”, czy rozklekotana relacja z ojcem, który tak jakby się stara, ale wiadomo czym jest piekło wybrukowane, szczególnie kiedy ciągnie się za kimś niezgrabny cień splamionego w przeszłości zaufania.
Zamiast sielankowego, wakacyjnego pojednania dostajemy więc, przesiąknięte stereotypową dla kina gatunkowego nastoletnią inicjacją, zderzenie z pachnącą stęchłym domkiem letniskowym mazurską rzeczywistością i obcością człowieka, który zdążył już zapomnieć, jakim językiem porozumiewać się z własnym dzieckiem.