Weronika Zarzecka
Gdy trzydziestoletnia Mila – bohaterka, której nerwowe tiki i wewnętrzny monolog brzmią jak skrzyżowanie prozy Marka Koterskiego z najczarniejszymi lękami z Instagrama – ląduje nad polskim morzem z misją opanowania rur w pionie i złośliwych demonów w głowie, do sal polskiego kina debiutów zagląda coś jakby… czysta, niewymuszona frajda?
Sonja Orlewicz-Zakrzewska bierze na warsztat temat, który w rękach mniej sprytnego twórcy zamieniłby się może w moralizatorski gniot o samoakceptacji. Tymczasem jest to historia niebanalnie ciepła i zabawna, a to przez tę Milę właśnie, która (jako podręcznikowa przedstawicielka pokolenia Y) uwikłana jest w uporczywy, toksyczny overthinking. Klasycznie mieli w myślach każdy najmniejszy scenariusz. Paraliżuje ją lęk przed cudzą oceną.
Poznajemy ją przed wyjazdem na obóz pole dance, gdzie (uwaga!): a) nikogo nie zna, bo przyjaciółka wystawiła ją do wiatru, b) za sobą samą to tak specjalnie nie przepada, c) Bartosz Bielenia, w roli jej chłopaka, niby ją wspiera, ale w sumie to nie bardzo. Dodajmy do mieszanki onieśmielające, lateksowe koturny i plecak kompleksów z przeszłości, z którymi musi wysiąść teraz na środku tego obcego świata, a pozostanie nam jedynie przeżegnać się na drogę. Dziewczyny na miejscu wydają się głośne, po swojemu odklejone i zupełnie jak z innej bajki. Im głębiej w obozowy las, tym szybciej pękają pancerze uprzedzenia. Zamiast niezręcznych uników czy rywalizacji rodzi się między nimi nić porozumienia i cichej solidarności. Bo przecież wszyscy w gruncie rzeczy mamy na plecach jakiś tam swój bagaż.
Wizualnie trzyma się to wszystko dzięki zaskakująco celnej samoświadomości. Orlewicz-Zakrzewska wie, kiedy mrugnąć do widza okiem. Struktura filmu bawi się sama sobą – wewnętrzny głos Mili początkowo lekko irytuje, ale szybko łapie właściwy rytm. Nie jest on bynajmniej równomierny. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale kiedy jest dobrze… jest naprawdę dobrze.
Skoro historia już wokół tej rury jest toczona, to warto wspomnieć, że współczesne kino ma ogromną pokusę, żeby z kobiecego ciała uczynić sztandar. Żeby każde pasmo zmęczenia, każdy siniec i rozstępy były dla kamery dowodem społecznej słuszności. Wystarczy jednak jeden fałszywy ton, jeden nadmiernie napuszony dialog o „odzyskiwaniu siebie”, żeby cała ta szczerość zamieniła się w czystą teorię.