Nie potrzebujemy nowego Andrzeja Wajdy. Był przecież twórcą niepodrabialnym. Potrzebujemy za to jego ciekawości i rozgorączkowania otaczającym światem.
„Wszystko na sprzedaż”, awangardowy film Andrzeja Wajdy, opowiada historię bohatera bez jego udziału. Wszystko kręci się wokół Aktora – osoby bez twarzy i imienia, którego brak (i zaskakująca śmierć) zmienia życie ludzi z jego otoczenia. Są to aktorka i zarazem żona Aktora – Ela (Elżbieta Czyżewska), kręcący najnowszy film reżyser Andrzej (postać będącą de facto samym Wajdą gra Andrzej Łapicki) oraz Beata (Beata Tyszkiewicz).
Hołd dla Zbyszka Cybulskiego, i jednoczesna próba pogodzenia się z jego tragicznym odejściem, jest bardzo znamiennym wyborem ze strony festiwalu, korespondującym z jubileuszowym rokiem wajdowskim. Tak, jak w dniu premiery, „Wszystko na sprzedaż” stało się sposobem artystycznej kompensacji w postaci umożliwienia wspólnego przeżycia żałoby po kultowym gwiazdorze, tak w świętowanym na szczeblu państwowym roku celebrującym twórczość reżysera, staje się opowieścią o braku samego Wajdy. Braku, którego wielki cień wciąż rozciąga się nad rodzimą kinematografią.
Nie chodzi przy tym jedynie o cień rzucany przez instytucję, której wpływ na polską branżę jest niezaprzeczalny – na czele ze Szkołą Wajdy, pojawiającą się w CV niejednej osoby tworzącej filmy obecne w programie tegorocznej edycji. Brak reżysera widać przede wszystkim pod względem artystycznym. Ujawnia się w krytyce filmowej opowiadającej o zaniechaniu kina politycznego, czy w refleksji na temat zbyt rzadkiego adaptowania kluczowych powieści literackich (z wyłączeniem „Lalki”). Brak ten jest zauważalny nawet mimo faktu, że po 1989 r. Wajda nigdy nie dorównał własnemu poziomowi z okresu twórczości w trudnych warunkach PRL-u.
Kino deklaratywne
Ze wszystkich wersji Wajdy jako reżysera – czy to bardziej subtelnej, czy tej ubogaconej historią, czy też sięgającej po wielkie dzieła literackie – najbardziej ceniłem jego wersję ideowego kina. Kina, którego ostatnich latach głównymi reprezentantami były filmy Agnieszki Holland, debiut Mary Tamkovich oraz zeszłoroczne i niesłusznie przeoczone „Capo” Roberta Kwilmana.
Tych przykładów jest mało, bo w Polsce nie robi się już kina tak osadzonego w konkretnej wizji, światopoglądzie, wychodzącego z trzewi. Nie chodzi nawet o samo Kino Moralnego Niepokoju, gdzie twórczość skorelowana była z wzrastającą w sile opozycją demokratyczną, od Komitetu Obrony Robotników po „Solidarność”.
Twórczość autora „Bez znieczulenia” ubogacona była jego poglądami – niezależnie od naszych własnych, mogliśmy się z nim nie zgadzać nie tylko w kontekstach artystycznych czy obsadowych, ale również na płaszczyźnie ważniejszej; w kontekście patrzenia na otaczający nas świat. Z tej też przyczyny zachwycam się choćby krytykującą krwiożerczy kapitalizm „Ziemią obiecaną”, jednocześnie polemizując z obrazami post-transformacyjnymi.