Koniec amerykańskiego snu – rozmowa z Marcinem Borchardtem – Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Przejdź do treści

Koniec amerykańskiego snu  – rozmowa z Marcinem Borchardtem

Gazeta festiwalowa Opublikowano 24.09.2026
Koniec amerykańskiego snu – rozmowa z Marcinem Borchardtem
Marcin Bornchardt, reżyser filmu "Magic Hour"

– Archiwum obejmowało też całą masę innych artefaktów: dziesiątki tysięcy fotografii, pamiętniki, wycinki prasowe, nagrody filmowe, przedmioty, twarde dyski i zapisy na taśmach w rozmaitych formatach. Było tego tak dużo, że potrzebowałem kilku kursów samochodem, żeby wszystko przewieźć – mówi Marcin Borchardt, reżyser filmu „Magic Hour”, który powstał na podstawie prywatnych filmów wideo Piotra Sobocińskiego.

Radosław Czyż

Radosław Czyż: Jak trafił do ciebie temat Sobocińskich?

Marcin Borchardt: Zadzwonił telefon z propozycją. Dostaję je czasu do czasu, najczęściej nic z nich nie wynika. Tym razem postanowiłem spotkać się z Basią Ławską, kierowniczką produkcji z Wytwórni Filmów Fabularnych i Dokumentalnych oraz Andym Chojeckim, producentem który od wielu lat mieszka w Los Angeles i był przyjacielem Piotra Sobocińskiego. Chciałem porozmawiać, bo padło magiczne słowo: rodzinne archiwum taśm i wideo.

To mnie zainteresowało. Chciałem się zorientować, co właściwie w tym archiwum jest. Kiedy jednak ktoś mówi: „film o Sobocińskich”, od razu pojawia się pytanie, co to ma być za film i o czym ma opowiadać. Witek, Piotr i ich praca są przecież ściśle związani z historią polskiej kinematografii. To dziedzictwo o fundamentalnym znaczeniu. Jak do tego podejść?

Typowe opowieści biograficzne w ogóle mnie jako autora nie interesują. Opowieść o karierze, kolejnych projektach czy jednym wyjątkowym filmie nie daje mi tego, co w dokumencie jest dla mnie najcenniejsze: pewnej filmowej stawki, wyzwania.

Dużo tych taśm było?

Okazało się jednak, że rodzinne archiwum jest gigantyczne. Piotrek i Witek przez wiele lat filmowali siebie i różne sytuacje. Najstarsze nagrania, zarejestrowane jeszcze na taśmach 8 mm, pochodzą z przełomu lat 40. i 50. Później pojawiło się cyfrowe wideo i filmować zaczął nie tylko Witek, ale również Piotr i inni członkowie rodziny. Kamera po prostu krążyła po domu.

W sumie było tego około 250 godzin, głównie materiałów bardzo prywatnych. Są tam jednak również rzeczy istotne z punktu widzenia historii kinematografii: zapisy planów filmowych, między innymi „Faraona”, później filmów Kieślowskiego czy hollywoodzkich produkcji, przy których pracował Piotr w latach 90.

Archiwum obejmowało też całą masę innych artefaktów: dziesiątki tysięcy fotografii, pamiętniki, wycinki prasowe, nagrody filmowe, przedmioty, twarde dyski i zapisy na taśmach w rozmaitych formatach. Było tego tak dużo, że potrzebowałem kilku kursów samochodem, żeby wszystko przewieźć.

Jak długo trwało samo uporządkowanie materiału?

Dla mnie pierwszy etap, który nazywam dokumentacją, jest niezwykle istotny i zwykle trwa dosyć długo. To ogromna robota. Nie tylko musisz zapoznać się z istniejącym materiałem, który najczęściej nie jest w żaden sposób opracowany i stanowi po prostu chaos. Musisz też zrozumieć, z czym masz do czynienia, wejść w świat bohaterów i zastanowić się, czy w ogóle jest tam jakiś potencjał filmowy.

Pracę nad tym filmem można porównać do układania obrazu złożonego z miliona kawałków puzzli, które są rozrzucone i w żaden logiczny sposób nie tworzą całości. Materiał nie został przecież stworzony po to, żeby zrobić z niego film. I tu pojawia się gigantyczny problem: czy inwestuję swoją pracę i czas w coś, co później w ogóle da się przełożyć na opowieść, którą obejrzymy na ekranie?

I jak z tych 250 godzin zaczęła wyłaniać się jakaś opowieść?

Dosyć szybko zauważyłem, że bardziej interesuje mnie Piotr niż Witek. Stał mi się bliższy ze względu na swoją wrażliwość – zarówno artystyczną, jak i tę na poziomie czystej empatii. Na jego delikatność, interesujące spojrzenie na świat i na to, czym jest praca.

Jednocześnie bardzo interesował mnie mechanizm relacji ojciec–syn. Witek Sobociński był bardzo silną, dominującą osobą i Piotrek musiał się z tym zmagać. Musiał jakoś poukładać się z tą sytuacją rodzinną, o czym też w filmie mówię.

Jest tam scena, w której Witold i Piotr dostają nagrody na tej samej gali Camerimage i pojawia się pytanie o zazdrość ojca wobec syna.

Można by było o tym więcej opowiedzieć, ale nie chciałem rozwijać tego wątku, ponieważ to nie jest film głównie o ich relacji. Już zrobiłem film o ojcu i synu, „Beksińscy. Album wideofoniczny”.

Tutaj relacja ojca z synem jest bardzo ważna, ale ten film jest o czymś innym. Moment, o którym mówisz, to ten, w którym mój bohater, czyli Piotr, wyzwala się spod brzemienia ojcowskiego, ze wszystkimi jego konsekwencjami – pozytywnymi i negatywnymi.

Pozytywne są oczywiste: nauka zawodu, wejście w ten świat, pewien kapitał kulturowy, którego nie sposób przecenić. Z drugiej strony było ogromne ciśnienie, bo Witek był człowiekiem bardzo krytycznym wobec swoich najbliższych – zarówno wobec Piotra, jak i później wobec wnuków.

Cenimy Twoją prywatność
Używamy opcjonalnych plików cookie, aby zapewnić najlepszą funkcjonalność strony. Jeśli odrzucisz opcjonalne pliki cookie, stosowane będą wyłącznie pliki cookie niezbędne do funkcjonowania strony. Więcej informacji znajduje się w naszej polityce prywatności