– W świecie sztuki współczesnej obowiązuje określony, z góry ustalony kod, którym posługują się artyści, ja mówię innym językiem i tym samym łamię status quo. Przez to nadal czuję się outsiderem, który stale musi coś udowadniać – mówi Patryk Różycki, artysta wizualny, malarz, którego życie i twórczość stały się kanwą filmu „Powiedz mi, co czujesz” Łukasza Rondudy.
Mateusz Demski
Mateusz Demski: Powiedz mi, skąd jesteś?
Patryk Różycki: Urodziłem się w małym mieście Koło, miejscowości znanej z produkcji kibelków. Lubię o tym wspominać, to taki lokalny patriotyzm. Zawsze mnie to zachwycało, kiedy byłem gdzieś zagranicą i widziałem to logo w toalecie. Kiedyś we Lwowie wyjąłem kamerę i zacząłem filmować, żeby pokazać rodzicom, że to nasze „Koło” jest wszędzie.
Wywodzę się z rodziny jednocześnie doświadczającej awansu klasowego, jak i deklasacji. Chwilę później, jak miałem sześć lat, przenieśliśmy się na wieś. Na początku w ogóle tego nie rozumiałem. Wszystko było przecież dobrze, jeździliśmy co weekend do naszej rodziny na Dolny Śląsk. Mieszkaliśmy w bloku, rodzice planowali kupić dom. Nagle zmarła moja siostra, ojciec zachorował, przeszedł na rentę, a pieniądze zaczęły się kończyć. Był przewodniczącym związku zawodowego w zakładzie KORUND, który produkował płyty i wyroby ścierne.
Pamiętasz cokolwiek z tamtego czasu?
Głównie smutek i napięcie między rodzicami. Moja matka była zmuszona zostawić obrączki w lombardzie. Zastanawiałem się, czemu musi sprzedawać coś, co jest dla niej ważne.
Dopiero jak przenieśliśmy się na wieś, zaczęło do mnie docierać, co się stało. W nowej szkole panował podział na klasy ze względu na pochodzenie. Dzieci, które mieszkały najbliżej podstawówki, czyli w gminie, chodziły do klasy A, były trochę lepiej ubrane i separowały się od reszty. Ja trafiłem do klasy dzieci z rodzin rolniczych, mimo że moi rodzice nigdy nie pracowali na roli. Mój ojciec był intelektualistą, nawet jak już byliśmy na wsi, to nigdy nie przestał chodzić w garniturze.
Już wtedy coś rysowałeś, malowałeś?
Nie, nigdy nie interesowałem się sztuką, bo nie miałem do niej dostępu. Ojciec robił za mnie wszystkie rysunki do szkoły, a ja w tym czasie zajmowałem się piłką nożną.
Domyślam się, że w okolicy nie było domu kultury czy kina.
Nasz dostęp do kultury był taki, jak większości osób spoza dużych miast. Docierała ona do mnie głównie poprzez telewizję, seriale, które oglądaliśmy całą rodziną. Kultura kojarzyła mi się zawsze z czymś, co przeżywa się wspólnie. Pamiętam oglądanie „Rocky’ego” w kółko. Film Łukasza jest trochę taką historią. Co prawda jego bohater nie dostaje szansy walki o tytuł mistrza świata, ale zmaga się z rzeczywistością.
Jak to się stało, że w końcu zająłeś się sztuką?
Pod koniec gimnazjum pedagożka napisała na tablicy strony internetowe szkół i wśród nich był Plastyk w Kole. Wtedy nie miałem komputera, nie miałem jak tego sprawdzić. Chciałem być dziennikarzem sportowym, ale nie uczyłem się za dobrze, więc nie myślałem o liceum. Powiedziałem ojcu, że chcę iść do plastyka. Pojechaliśmy na rozmowę, od matki moich przyjaciół dostałem książkę „Sztuka i czas” i zacząłem przerysowywać znane dzieła na kartkę A4. Zrobiłem czarny kwadrat na białym tle. Pani, która mnie przyjmowała była tym bardzo zdziwiona.
Twoje obrazy są dalekie od Malewicza.
Liceum dało mi pasję do sztuki, ale ważnym momentem była druga klasa, kiedy nieszczęśliwie się zakochałem. Rodzice dbali, by moja pasja rosła, kupowali mi różne albumy o artystach. W jednym z nich zobaczyłem pracę Van Gogha, na której namalował kobietę opartą na kolanach i zatytułował ją „Smutek”. Wtedy pomyślałem, że nie chcę malować martwych natur, tych jabłek, których nigdy nie jadłem i które nie mają żadnego związku ze mną.
I zacząłeś malować siebie.
Byłem podłamany tą nieszczęśliwą miłością, obwiniałem siebie o to, że jestem brzydki, nieatrakcyjny. Całe dnie siedziałem przed lustrem i zacząłem malować czarnym tuszem swoje akty. W ten sposób próbowałem skonfrontować się z ciałem, którego się brzydziłem. To pomogło mi je zaakceptować.
Twoje obrazy często pokazują sceny z życia twojej rodziny. Kiedy włączyłeś bliskich w ten proces?
Od samego początku to robiłem, rodzina to byli moi najbliżsi modele. Kiedy w czwartej klasie poznałem twórczość Luciana Freuda, pomyślałem, że chciałbym pracować w podobny sposób. Ojciec przyszykował mi stodołę, tam miałem pracownię. I zacząłem ich malować. Mama była prawie naga, siostra leżała na ziemi. Za każdym razem jak coś namalowałem, to szedłem im to pokazać. Komentowali, zazwyczaj się podobało. Wtedy też pomyślałem, że skoro oni to rozumieją, to jest to sztuka, którą trzeba tworzyć. Na studiach zacząłem więcej myśleć o tym, o czym ma opowiadać obraz, czemu ta moja sztuka ma w ogóle służyć.
I namalowałeś takie sceny rodzinne: „Dom, który mieli kupić moi rodzice, zanim zmarła moja siostra, widziany przez okno z tylnego siedzenia Poloneza Caro”, „Siostra Oliwia zanosząca swoje CV do sklepu w Koninie”, „Moment śmierci mojego brata Rolanda w kontenerze pracowniczym”.
Namalowałem też moment, kiedy rodzice wzięli kredyt na moje studia. To było dla mnie istotne, bo czułem, że muszą się zapożyczyć, żebym mógł przejść przez edukację, a przyszłości odnieść awans klasowy. Malowałem historie, które ukształtowały mojego ojca – chociażby przemoc, której doświadczył od swojego ojca. Albo moment, kiedy dziadek Antoni zabrał tatę na polę, pokazał mu pracujących ludzi i powiedział: „Widzisz, tak wygląda ciężka praca, czujesz ten zapach obornika? Lepiej się uczyć i lekko pracować, prawda?”.