Weronika Zarzecka
Zamiast biblijnego raju, w którym wszystko zaczyna się od figowego listka i grzechu pierworodnego, w „Czarnej godzinie” mamy Adę i Ewę – dwie nauczycielki próbujące przetrwać w świecie, w którym rolę zakazanego owocu pełni comiesięczna rata czynszu, a zamiast węża kręci się wokół nich bezduszność polskiej rzeczywistości mieszkaniowej. Biblijny mit o wygnaniu z Edenu zamienia się tu w prozaiczną eksmisję z ciasnej klitki, gdzie w miejsce ogrodu dostajemy widok na osiedlowy śmietnik, a zamiast anioła z ognistym mieczem – smutnego pana z wezwaniem do wyprowadzki.
Kryzys mieszkaniowy miał być tu punktem wyjścia do czegoś większego – kwestii wypalenia zawodowego, chronicznego zmęczenia, tego szczególnie dotkliwego poczucia, że od ciebie, szarego człowieczka, nic tak naprawdę nie zależy. Miał być, bo w praktyce zostaje punktem, w którym wszystko się zaczyna i, niestety, w dużej mierze kończy. Zamiast katalizatora dostajemy pretekst – temat otwiera drzwi do kolejnych scen, ale nikt ani nic ich porządnie nie przekracza. Fabuła, zamiast wyrastać z tego gruntu, krąży wokół niego jak zacięta płyta, w kółko, jakby bała się wejść głębiej niż na wycieraczkę.
Wirujemy bowiem wokół żmudnego poszukiwania lokum: castingi lokatorskie niczym rozmowy kwalifikacyjne z piekła rodem, wyścig z czasem o kaucję i czynsz, przepychanki z naciągaczami z rynku nieruchomości i w zupełnej ostateczności próby zatelefonowania pod rodzinny adres i pogodzenia z wizją powrotu na te przysłowiowe, stare śmieci.
Bojarski splata narrację linearną z kolcami ironicznych gagów – niemal każda sekwencja pozwala wybrzmieć konkretnemu żartowi i dogasa wraz z kolejnym niepowodzeniem Ady i Ewy. Ta powtarzalność broni sporą część ekranowego humoru.
Mimo to bardzo bym chciała, żeby ten film podobał mi się bardziej.
Bo mówi o nie byle czym! A przynajmniej mówić próbuje, choć raczej duka. A może w zamyśle miał jedynie temat napomknąć, ale skeczowa epizodyczność historii podołała jedynie groteskowej nadbudowie fabuły, a nie jej dramatycznemu fundamentowi. I cała siła przetwórcza tego przedsięwzięcia uwięzła w tym asymetrycznym równaniu. Pośmiane? Łatwo i szczerze. Coś poza tym? Niekoniecznie.