Złote Lwy, Złote środki – Polish Film Festival

Jump to content

23.09.2026 Wednesday

screening O 12:00 projekcja filmu „Winter of the Crow” – Leszek Kopeć Gdynia Film Centre Morskie Oko Screening Room screening O 12:00 projekcja filmu „SICK” – Riviera Centre Helios 8 (Dream) screening room screening O 11:50 projekcja filmu „A Bit of Meaning” – Riviera Centre Helios 4 screening room screening O 11:45 projekcja filmu „Europa Europa” – Leszek Kopeć Gdynia Film Centre Goplana Screening Room screening O 11:30 projekcja filmu „Through the Wall” – Riviera Centre Helios 2 screening room screening O 11:30 projekcja filmu „Hot Spot” – Riviera Centre Helios 7 (Dream) screening room screening O 11:15 startuje Short Film Competition Block 4 – Danuta Baduszkowa Musical Theatre New Stage screening O 11:00 startuje Short Film Competition Block 1 – Danuta Baduszkowa Musical Theatre Chamber Stage screening O 10:45 projekcja filmu „A Free Woman” – Riviera Centre Helios 6 screening room screening O 10:40 projekcja filmu „Fatherland” – Riviera Centre Helios 5 screening room screening O 10:30 projekcja filmu „The Time That Never Came” – Danuta Baduszkowa Musical Theatre Large Stage screening O 10:30 projekcja filmu „Murkiness” – Leszek Kopeć Gdynia Film Centre Warszawa Screening Room screening O 10:30 projekcja filmu „Picasso's Mermaid” – Riviera Centre Helios 3 screening room screening O 09:45 projekcja filmu „Good Boy” – Leszek Kopeć Gdynia Film Centre Morskie Oko Screening Room

22.09.2026 Tuesday

event O 12:00 rozpoczynamy: Exhibition “Masters of the École de Paris” — BanGlob Marina / Yacht Park
FPFF Live

Złote Lwy, Złote środki 

‘Klaps’ Newspaper Published on 23.09.2026
Złote Lwy, Złote środki

Jak młode pokolenie widzów zapatruje się na stan polskiej kinematografii? Czy krajowy film da się lubić, a może młodzi odczuwają jedynie przestój i uznają wyjście do kina za przykrą konieczność? Z Mikołajem Brzeckim, Szymonem Karbowym i Igorem Walkowiakiem, członkami Jury Młodych na 51. FPFF w Gdyni, rozmawia Jakub Flakowki.

Jak wygląda wasza relacja z polskim kinem?

Mikołaj Brzecki: Muszę przyznać, że nie oglądam za dużo polskiego kina. Trochę żałuję, ale jakoś nie mogłem się do tego zabrać. Wydawało mi się, że powinienem zacząć od klasyki i iść chronologicznie, a z drugiej strony to właśnie starsze filmy zawsze kojarzą się młodym z ciężkimi seansami.

Szymon Karbowy: Gdy mam styczność z polskim kinem, to zazwyczaj to są starsze tytuły, klasyka gatunku, z którą chcę się zaznajomić – to taka inwestycja.

Boicie się polskiego kina?

S.K.: Myślę, że każdy z nas się trochę go boi. Oczywiście widujemy dobre polskie filmy, ale jednak groźba zmarnowania czasu na sali kinowej zawsze istnieje. Bo nie będzie nic słychać. Bo będzie martyrologicznie, smętnie, a ja wyjdę z kina przybity, nawet jeśli film nie był smutny. Wielu twórców stara się od takiego klimatu odchodzić, ale niewiele jak na razie mamy twórców, którzy robią coś ciekawszego niż bezrefleksyjne spoglądanie w lustro.

Igor Walkowiak: Trochę tak! Jeśli mam do wyboru produkcję polską a film zagraniczny, jednak wolę zobaczyć ten drugi. Jest mniejsza szansa, że będę się na nim nudził. Polskie kino mimo wszystko jest dosyć niskojakościowe. Niektóre tytuły uwielbiam, ale jak chodzę do kina I widzę co leci, to jest TO raczej okropna komercha. Brakuje tym filmom tego, co miało kino w przeszłości.

I czego brakuje wam najbardziej?

I.W.: No może trochę więcej artyzmu, czegoś naprawdę pociągającego. Na pewno ponosimy porażkę przy realizacji. Filmy są „telewizyjne”. Budżety rosną, tak naprawdę nie odstajemy od innych krajów europejskich, a wydaje się, jakby standardy kręcenia były dużo niższe. Filmy są ugrzecznione, kręcone jakby na jedną modłę.

S.K.: Nie widzę w naszym kinie bohatera uniwersalnego. Takiego ,jaki często występuje w kinie gatunkowym „na zachodzie”. Filmy polskie są do bólu tylko i wyłącznie o Polsce. Oczywiście nie mam z tym problemu, ale czasami te próby diagnozowania społeczeństwa potrafią być męczące.

Czyli jak zwykle rozchodzi się o kino gatunkowe?

S.K.: Wydaje mi się, że rzadko spotykamy się z filmami, które wypełniają tę przestrzeń pomiędzy produkcjami komercjalnymi a kinem autorskim. Kino gatunkowe za granicą oferuje rozrywkę dla „masowego odbiorcy”, ale jest ona na zupełnie innym poziomie niż najczęściej oglądane produkcje w kraju, prawda?

M.B.: Nie ma w Polsce kina środka. Inna sprawa, polski horror, którego nie ma z czym porównywać. Dlatego musi mieć „horrorowe” cechy i musimy aspirować do wielkości „jak w Ameryce”, żeby sprostać nieosiągalnym oczekiwaniom. Nie potrafimy uzyskać kompromisu między filmem zarabiającym, a ambitnym kinem autorskim, którego poza etiudami i tak nie uświadczymy. Z drugiej strony czuję, że mamy jakieś niesamowicie rozdmuchane wymagania wobec rodzimej kinematografii.

I.W.: W zeszłym roku widziałem taki nagłówek w okolicach sezonu oscarowego: „Kolejne Oscary i Polska znowu bez nominacji”. Czy naprawdę musimy mieć aż takie wymagania? Oczywiście, że mamy bogatą historię i wybitnych twórców, ale nie możemy oczekiwać kina na skalę światową mając takie problemy na własnym podwórku. Każdy czeka na nowego Wajdę, który zaniesie nas na salony. A potem kolejny film obiecującego reżysera nie spełnia oczekiwań. Popada w niełaskę opinii publicznej.

Myślicie że jest na to jakieś remedium?

M.B.: Odciąć się od wymagań i standardów „jak za granicą”. Polska nie cierpi na brak twórców z pomysłami i energią do działania. Kino arthousowe jak najbardziej stać na eksperymenty, ale powtórzę– brakuje nam złotego kina środka.

I.W.: Co roku trafiają się dwie, trzy produkcje, które mają duży budżet i wszystkie są zwykle filmami, na które bezpiecznie można pójść z klasą do kina, jak chociażby „Chopin, Chopin!” czy nadchodząca „Lalka”. Mam wrażenie, że w Polsce panuje przekonanie, że nie opłaca się ryzykować na dużych budżetach, a takie „bezpieczne” filmy po prostu w żaden sposób nie przyciągają widza i – co ważniejsze – młodzieży przed ekrany.

S.K.: Nie czuję się kompetentnym, by diagnozować problemy systemu, ale mam wrażenie, że czasami nie wiemy, jaką historię w zasadzie chcemy opowiedzieć. Chciałbym życzyć polskim twórcom odwagi do spojrzenia na własną twórczość z dystansu. Wydaje mi się, że w Polsce panuje duży kult artysty. Nie trzeba silić się na przełom, jeśli tworzy się kino gatunkowe – a czasem scenariusz chce poruszyć dziesięć kwestii naraz i film wychodzi na tym fatalnie. Twórca nie musi się rozliczać z niczym – nie każdy musi próbować tworzyć nowe monumentalne dzieło albo zupełnie nowy nurt. Wystarczy robić dobre filmy, bez porównywania się z kimkolwiek. Może to pomogłoby z leczeniem narodowych kompleksów i pomogło nam bardziej docenić własną kulturę?

Da się zrobić film odseparowany od systemu i dekad historii i wpływów?

M.B.: Chyba z czasem jest coraz łatwiej. Wystarczy zrobić solidny film gatunkowy, który rozpromuje doborowa obsada i którego marketing przyciągnie młodych widzów. Z roku na rok pojawiają się młodsi twórcy i coraz mniejsza jest ta historyczna presja, więc to tylko kwestia czasu.

S.K.: To to nie nie jest takie zero-jedynkowe. Nie musimy odrzucać wszystkie Nie musimy odrzucać od razu całej naszej historii kina. Małymi krokami jakość polskich produkcji ulegnie poprawie w dłuższej perspektywie. Dojdzie do wymiany pokoleniowej twórców, a co za tym idzie – również odbiorców. Jako jurorzy jesteśmy jednak grupą, która interesuje się kinem, do których perły docierają, ale doskonale wiem, że „kino autorskie” jest w dużej mierze przez widownię stygmatyzowane.

Czyli czego potrzebuje w kinie nowe pokolenie konsumentów? Jaki film uważacie za wyznacznik nowej jakości?

I.W.: Brakuje odwagi i oryginalności. Wszystko jest oparte na tych samych schematach: filmy historyczne i kostiumowe. Mnie już to męczy i sam po nie nie sięgam. Wolę obejrzeć coś oryginalnego, coś, co wzbudzi we mnie emocje. Tak samo jak moi rówieśnicy.

S.K.: Oczywiście, że można robić dobre filmy historyczne, ale nie mogą one być oparte na wyciskaniu łez i pokazywaniu przeszłości jako nieprzeniknionej szarugi. Za tym wszystkim musi iść jakaś ciekawa historia, bo film inaczej się nie obroni, nawet jeśli będzie widowiskowy. Nie musimy oczywiście nikogo udawać, z naszymi budżetami nigdy nie dościgniemy Amerykanów.

M.B.: Myślę, że „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” jest filmem, który wydaje się oderwany od tej pogoni za Zachodem. Polskie kino w czasach swojej świetności miało niezaprzeczalną tożsamość, która gdzieś przepadła. Film Emi Buchwald jest czymś świeżym, czymś co pozwala mi myśleć, że może jeszcze wszystko przed nami.

I.W.: Nie wiem, czy możemy zaliczyć do tej puli również dokument. Oglądałem ostatnio „Kandydatów śmierci” Macieja Cuske oraz „Listy z Wilczej” i to są osobiste, oryginalne pomysły, które bardzo przypadły do gustu dokumentalnie i czułem, że jest to świeże.

Cenimy Twoją prywatność
Używamy opcjonalnych plików cookie, aby zapewnić najlepszą funkcjonalność strony. Jeśli odrzucisz opcjonalne pliki cookie, stosowane będą wyłącznie pliki cookie niezbędne do funkcjonowania strony. Więcej informacji znajduje się w naszej polityce prywatności