Julia Henel
W polskim kinie wiele gatunków wciąż raczkuje. Horror, science fiction czy dobrze napisana komedia romantyczna – do ich pierwszych kroków na wielkim ekranie wciąż podchodzimy z rezerwą i nieufnością. Właściwie wypadałoby dać im chodzik, mocno trzymać kciuki i do tego mieć nadzieję, że ich pierwsze wypowiedziane słowo nie będzie w naszym ojczystym języku. Zazwyczaj bowiem próby przeniesienia amerykańskich wzorców na rodzimy grunt kończą się bolesnym upadkiem i poczuciem lekkiego zażenowania.
Kiedy więc dowiadujemy się, że debiut Julii Rogowskiej to dystopijny melodramat, walczymy z pokusą, aby odrzucić zaproszenie na jego chrzest. Ostatnim polskim science fiction, który masowo uznajemy za klasykę, jest przecież „Seksmisja” (1983) Juliusza Machulskiego. Rogowskiej nie było wtedy jeszcze na świecie. Tak samo założyliśmy, że kolejnych prób podboju tego gatunku przez polskie kino po prostu też nie powinno być – po co kusić los i marnować pieniądze. „Czas, który nie nadszedł” udowadnia, że bardzo się myliliśmy.
Rogowska zabiera nas do rzeczywistości, w której nie ma już miejsca na naturalną starość. Zostaje wynaleziona przełomowa kuracja geriatryczna, której bezrefleksyjnie poddaje się zdecydowana większość społeczeństwa. Ci, którzy jej odmawiają z powodów moralnych, światopoglądowych lub osobistych, zostają błyskawicznie wypchnięci na margines i zamknięci w specjalnych, odizolowanych od świata ośrodkach. Jedną z takich osób jest Sara (Agata Kulesza). To właśnie jej oczami patrzymy na ten sterylny, wyprany z autentyczności świat.
Moglibyśmy spodziewać się wszystkiego, czego tradycyjnie oczekujemy od kinowej dystopii: latających samochodów, rozświetlanego neonami mroku, robotów zastępujących ludzi czy skomplikowanej technologii przyszłości, której jeszcze nie rozumiemy. Tymczasem „Czas, który nie nadszedł” nie próbuje być większy niż potrzebuje. I właśnie dlatego tak dobrze działa.
Dystopijność opiera się na czymś, co znamy aż za dobrze z własnej codzienności – na strachu przed starzeniem się. Przed stopniową utratą sprawności, przed pojawiającymi się zmarszczkami, obwisłą skórą i bolesną zależnością od innych. A przede wszystkim – przed ostatecznością śmierci. Nie trzeba więc budować zupełnie nowego, przytłaczającego świata ani wydawać fortuny na CGI, żeby stworzyć niepokojącą wizję przyszłości. Wystarczy wyciągnąć z naszego współczesnego świata jeden z jego największych, skrywanych lęków i konsekwentnie doprowadzić go do ekstremum. Nagle okazuje się, że ta odległa przyszłość wcale nie jest taka odległa.