– Trzeba znać swoją historię. Wtedy można spojrzeć na teraźniejszość i nie dawać się tak łatwo mamić manipulatorom, populistom i koniunkturalnym idiotom – mówi Jan Holoubek, reżyser filmu „Dziki, dziki wschód”, który otworzył tegoroczną edycję festiwalu.
Radosław Czyż
Radosław Czyż: Jak było w Toronto?
Jan Holoubek: Wspaniale. Wspaniały, wielki festiwal, wspaniała atmosfera, wspaniała widownia. Intensywnie, ale bardzo mi się podobało.
Jakie emocje towarzyszyły pierwszemu pokazowi?
Wielkie. Kiedy robi się coś przez kilka lat, a potem pierwszy raz pokazuje się to dużej publiczności, ponad pięciuset osobom, nie można uciec od emocji. Nie chodzi nawet o nerwy, tylko o rodzaj ekscytacji.
Kiedy siedzi się z widzami na sali kinowej, to ci ludzie stają się poniekąd pewnego rodzaju medium. Oglądanie w ten sposób własnego filmu to chyba jedyny moment, kiedy można wyjść z siebie, usiąść obok i bardziej obiektywnie ten film zobaczyć.
To robiło różnicę, że była to publiczność międzynarodowa, a nie polska?
Starałem się wejść w głowę widza, który niekoniecznie zna nasze regionalne konteksty. Może odbierać film przede wszystkim poprzez akcję i musi się domyślać, na czym polega konflikt, na przykład narodowościowy.
Ale wydaje mi się, że film się obronił. Oczywiście nie był odbierany na wszystkich poziomach, które my w Polsce będziemy kontestować i komentować. Ale dzięki temu może jest odbierany bardziej obiektywnie?
Mówi się, że to western, ale są tam i elementy noir, kina historycznego. To film gatunkowy?
Na pewno jest gatunkowy, ale nie wiem, czy można go zamknąć tylko w westernie. Ma w sobie elementy różnych konwencji.
Spotkałem się z opinią, że jest ich aż zbyt dużo. Uważasz, że zgubiłeś się w ich ramach?
Nie czuję, żeby któryś ze sznurków wymsknął mi się z ręki. Wszystko jest działaniem świadomym. Z mojej perspektywy film jest poprowadzony dokładnie tak, jak chciałem. Może nie jest dokładnie taki, jak sobie wyobraziłem, ale jest bliski temu, co tak spodobało mi się w scenariuszu.
Pierwszy raz przeczytałeś go jakieś dziesięć lat temu?
Nawet dawniej, w 2013 albo 2014 roku. Nie pamiętam dokładnie.
Jak duże zmiany przeszedł od tamtej pory?
Nic co zmieniłoby sens tekstu. Był bardziej rozległy, zaczynał się w Warszawie, kończył za oceanem.… To była bardziej rozbudowana opowieść. Natomiast jej sedno pozostało tym, co zawarła Aleksandra Takuska w pierwotnym scenariuszu i co mnie w nim zachwyciło.
Wątek ukraiński był w scenariuszu od początku? Pytam, bo dzisiaj siłą rzeczy dopisujemy do niego aktualny kontekst. Wojna sprawia, że pewne rzeczy czytamy inaczej.
My opowiadamy jednak o wydarzeniach, które miały miejsce wtedy. Film odnosi się do teraźniejszości, przede wszystkim w kontekście rosnącego w siłę nacjonalizmu i ksenofobii, tak w Polsce, jak i w Europie w ogóle.
Ukraiński bohater ma swoją misję i swoją sprawę. Kibicuję mu w tym sensie, że wiem, iż ma też swoją rację. Mówi o tym, że musi mieć swój kraj zamknięty w granicach i o to walczy. To się nie zmieniło do dzisiaj. Dla ludzi, którzy znają historię, ważna jest świadomość, że nasze polsko-ukraińskie sprawy ciągną się przez dziesiątki, setki lat i rozbrzmiewały jeszcze przed wojną. Ich kulminacja nastąpiła kiedy przez Europę przetoczył się horror II wojny światowej.
Mimo naszej trudnej historii, stoję za Ukrainą. Uważam, że ten kraj jest bohaterski, że należy mu się wolność, niezależność oraz udział w europejskiej wspólnocie.