– Zanim zaczęliśmy być muzykami, aktorami, filmowcami, najpierw byliśmy fanami. Słuchaliśmy płyt, które przywracały nam cały świat do góry nogami – mówią Mikołaj Bukrewicz i Patryk Pietrzak, których można zobaczyć w filmie „Mniej obcy” o Janie Borysewiczu, liderze zespołu Lady Pank.
Radosław Czyż
Radosław Czyż: To film jest przede wszystkim dla fanów Lady Pank?
Patryk Pietrzak: Fani na pewno będą mieli łatwiej, bo znają już te wydarzenia. Ale ktoś, kto tylko pobieżnie zna historię Lady Pank, też zobaczy przede wszystkim dramatyczną historię Jana Borysewicza i ludzi z jego otoczenia, w tym Andrzeja Mogielnickiego, w którego się wcielam.
Mikołaj Bukrewicz: Ja najbardziej chciałbym, żeby jakiś mały albo trochę większy człowiek po tym filmie pomyślał: „O Jezus, jaka ta gitara jest zajebista! Ja też tak chcę”. Znam to uczucie, bo podobne filmy wywoływały je we mnie gdy byłem dzieciakiem. Więc tak, z jednej strony cały tragizm tej historii, ale z drugiej niech jakaś wróżka po seansie posypie magicznym pyłkiem młodego człowieka, a ten następnego dnia budzi się i chce grać.
A ty ile miałeś lat, kiedy zacząłeś grać na gitarze?
Mikołaj Bukrewicz: Chyba osiem albo dziewięć.
Oglądanie filmów o muzykach było wtedy dla ciebie czymś ważnym?
Mikołaj Bukrewicz: Tak. Było sporo filmów z Jackiem Blackiem.
Patryk Pietrzak: „Pick od Destiny”, „School of Rock”…
Mikołaj Bukrewicz: Dokładnie. Czułem się wtedy apostołem rock’n’rolla.
Młodszą wersję Jana gra Mirosław Tomczuk. Bardzo dobrze wypada w filmie to przejście od jego interpretacji bohatera w twoją. Rozmawialiście o tym, jak chcecie podejść do postaci Jana?
Mikołaj Bukrewicz: Siedzieliśmy z Mirkiem przy stole, piliśmy kawę i dywagowaliśmy o meandrach scenariusza... Nie no, żartuję. Gdy się spotkaliśmy, to szybko odpaliłem wzmacniacz, podpiąłem gitarę i rozkręciłem ją głośno, żeby Mirek, który wcześniej nie grał na gitarze, poczuł, jak to jest siedzieć przy wrzeszczącym wzmacniaczu. Poczuł to bardzo, ale chyba bardziej wciągnęła go perkusja. Ale najważniejsze było dla mnie to, żebyśmy posiedzieli razem w tym brzmieniu gitary, w tym pomieszczeniu.
I co wam to dało?
Mikołaj Bukrewicz: Życie! Jakąś energię: „Wow, grajmy, zróbmy zespół, bądźmy razem kolegami z kapeli”.
Twoja obecność w tym filmie, zwłaszcza w głównej roli, dla wielu jest zaskoczeniem. Jak to się stało, że w ogóle tutaj jesteś?
Mikołaj Bukrewicz: Kolega napisał do mnie, że jego przyjaciel, reżyser Kristoffer Rus, robi film i od dłuższego czasu nie mogą nikogo znaleźć. Zapytał, czy może wysłać mój Instagram Krisowi, żebym wpadł na casting. Moja pierwsza myśl była taka: „Ej, to nie jest dobry pomysł”. Nie wiedziałem, jak się to robi, miałem zero doświadczenia. Ale po namyśle powiedziałem: dobra, przyjdę.
Przybyłem, zobaczyłem Krisa i od razu coś do siebie poczuliśmy. Wiem, że brzmi to kliszowo i bajkowo, ale tak było.
Z czego ta chemia wynikała? Z tego, że on też jest muzykiem?
Mikołaj Bukrewicz: Też, ale głównie tego, że zanim zaczęliśmy być muzykami, aktorami, filmowcami, najpierw byliśmy fanami. Słuchaliśmy płyt, które przywracały nam cały świat do góry nogami. Było w tym takie: „Ja też tak chcę”. Spodobała mi się też jego pokora wobec tematu ważnego dla polskiej popkultury i polskiej muzyki rockowej. Myślę, że ta dziecięca fascynacja w każdym z nas dalej jest. No i tak, pomogło, że Kris też gra na gitarze. Zresztą Stratocaster, na którym gram w paru scenach jest jego.