Architektki chaosu. Jak kobiety na zapleczu FPFF ratują święto kina przed katastrofą – Polish Film Festival

Jump to content

Architektki chaosu. Jak kobiety na zapleczu FPFF ratują święto kina przed katastrofą

 

‘Klaps’ Newspaper Published on 26.09.2026
Architektki chaosu. Jak kobiety na zapleczu FPFF ratują święto kina przed katastrofą
Ola Juszczuk, Zuzanna Sitek

Nina Gosławska

Błysk fleszy, nienagannie skrojone garnitury na czerwonym dywanie, kinowe sale wypchane po brzegu i kanonada oklasków po uroczystej premierze – to fasada festiwalu, którą rejestrują kamery i podziwia publiczność. Jednak prawdziwe serce Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych bije kilka metrów dalej. Za zamkniętymi drzwiami Teatru Muzycznego i Gdyńskiego Centrum Filmowego nie ma czasu na poprawianie wieczorowych makijaży. Zamiast stukotu szpilek słychać nieustanny turkot klawiatur i dzwoniące bez przerwy telefony.

Gdy w Sali Warszawa gasną światła, na ekranie widzimy wielkie kino i reżyserski kunszt, za który za kilka dni ktoś odbierze Złote Lwy. Rzadko jednak zastanawiamy się nad potężną machiną logistyczną, którą w ruch wprawiają przede wszystkim kobiety – dyrektorki, koordynatorki, rzeczniczki prasowe i szefowe wolontariatu. To one zarządzają setkami współpracowników, neutralizują kryzysy i gaszą pożary wybuchające na minuty przed uruchomieniem projektora.

Jak naprawdę wygląda festiwal z perspektywy centrum chaosu, gdy procedury zawodzą i zostaje wyłącznie instynkt, zimna krew oraz wzajemna solidarność?

Zuzanna Sitek: Okiełznać żywioł i człowieka

– Festiwal to organizm tak dynamiczny, że pożary wybuchają tu w ułamku sekundy, z najmniej spodziewanej strony – mówi Zuzanna, która rok temu na jubileuszowym festiwalu obchodziła swoje dziesięciolecie. Przeszła drogę od wolontariuszki do działu marketingu i promocji.

– Mamy gości, którzy denerwują się opóźnieniami, albo fotoreporterów forsujących barierki, by zająć jak najlepszą pozycję na gali, mimo że procedury bezpieczeństwa są co roku niezmienne. Wtedy jedyną skuteczną bronią jest absolutny spokój. Trzeba rozbroić ich emocje opanowaniem i twardymi argumentami – mówi.

Jednak nie tylko ludzie bywają nieprzewidywalni. Zuzanna odpowiada za montaż scenografii, w tym kluczowej ścianki na czerwonym dywanie, która staje w piątkowy wieczór i musi wytrzymać kapryśną, nadmorską aurę.

– Kiedyś plansze wieszane były na ogrodzeniu przy Hotelu Mercure i zerwała je nocna wichura. Technicy musieli łapać je dosłownie po całej ulicy. Od tego czasu ich nie mamy. W tym roku tuż przed otwarciem przeszło oberwanie chmury. Ścianka zaczęła się niebezpiecznie chwiać. W niedzielne popołudnie w trybie natychmiastowym ściągałam ekipę montażową, a przymocowanie takiej ścianki nie jest łatwym zadaniem przy Gdyńskich warunkach. Czasem łatwiej zapanować nad sztormem niż nad wyprowadzonym z równowagi człowiekiem, ale naszą rolą jest sprawić, by w kadrze wszystko wyglądało nienagannie – opowiada.

Karolina Zduńczyk: Pokój na drugim piętrze i serce festiwalu

Biuro Dyrekcji to strategiczny punkt dowodzenia, a zarazem miejsce, w którym rozgrywa się coroczny, matematyczny cud. Karolina Zduńczyk zaczęła jako wolontariuszka, a od 11 lat mierzy się z zadaniem z pozoru niemożliwym: jak na 1070 miejscach na widowni usadzić ponad 5 tysięcy gości?

– Działamy na gigantycznych, rozrysowanych płachtach widowni z zaznaczonym każdym miejscem na sali, gdzie przypisujemy konkretne osoby. To manualna praca pod nieustanną presją czasu – opowiada Karolina.

– Godziny tuż przed galą są bardzo intensywne, a sytuacja zmienia się do ostatniej sekundy. Ktoś nagle wyjeżdża, ktoś niezapowiedziany zjawia się w Gdyni. Mamy swoje kultowe określenie: „zostać wygumkowanym”. Ścieramy jedno nazwisko, wpisujemy kolejne, przesadzamy całe rzędy. Jesteśmy w stałym kontakcie z dziewczynami z recepcji 1 i 2, a telefon płonie od zmieniających się nieustannie informacji.

Gorączka osiąga apogeum w nocy z piątku na sobotę, przed galą zamknięcia:

– Nasz pokój na drugim piętrze, gdzie trzymamy zaproszenia na galę i bankiet, ktoś nazwał sercem festiwalu. W tę piątkową noc siedzą z nami dziewczyny z obsługi ekip i gości krajowych. Znajomi przynoszą nam jedzenie, bo wiedzą, że nie wyjdziemy stąd przed drugą czy nawet czwartą rano – by o dziewiątej wrócić i weryfikować kolejne listy. Zmiany są do ostatniej minuty. W takich chwilach znika hierarchia i wspieramy siebie nawzajem. Pamiętam, jak ówczesny dyrektor Leszek Kopeć wszedł do nas w środku nocy, usiadł i razem z nami układał koperty alfabetycznie. To poczucie wspólnoty trzyma nas na nogach, zwłaszcza gdy musimy później w recepcji spokojnie wytłumaczyć komuś, dlaczego zabrakło dla niego miejsca.

Sandra Czerwińska: Waluta szczerości

Bez ponad dwustu wolontariuszy festiwalowa machina stanęłaby w miejscu po kilkunastu minutach. Koordynowanie tak dużej grupy wymaga nie tylko talentu logistycznego, ale przede wszystkim odporności na stres.

– Pracujemy z ludźmi przez wiele miesięcy, po czym przychodzi dzień wydawania akredytacji i kogoś po prostu nie ma – tłumaczy Sandra Czerwińska. – Dzwonię, pytam, co się stało, a w słuchawce słyszę: „A, bo ja zrezygnowałem, myślałem, że jak nie odpisuję na maile, to się domyślicie”. Tymczasem powstają nam dziury w grafiku, które musimy zapełnić. Przy dwustu osobach nie ma miejsca na domysły. Dopóki nie dostanę rezygnacji na piśmie, człowiek widnieje w grafiku.

Najważniejsza zasada Sandry? Zero ściemy:

– Kiedyś chłopak mocno spóźniał się na poranną zmianę w kinie Helios. Dzwonię, słyszę zachrypnięty, zmęczony głos: „Jestem chory”. Pytam wprost: „Jesteś chory na tydzień i mam szukać zastępstwa, czy masz po prostu kaca?”. Chwila ciszy: „No dobra, mam kaca”. Odpowiedziałam krótko: „Szanuję twoją szczerość. Dojdź do siebie, wylecz się i melduj jutro rano”. Jesteśmy tylko ludźmi. Jeśli mam jasną informację, natychmiast załatam dziurę w grafiku. Najgorsza jest cisza.

Klaudia Dzierugo: Pierwsza linia prasowego frontu

Dla Klaudii, która przeszła drogę od wolontariatu w gazecie festiwalowej do pracy w Biurze Prasowym, festiwal to nieustanny bieg z mikrofonem, butelkami wody i listami nazwisk, które zmieniają się w zawrotnym tempie.

– Przed każdą konferencją kluczowa jest informacja, kto z ekipy filmu faktycznie usiądzie przy stole prezydialnym. Od tego zależy przygotowanie prowadzącego i praca operatorów realizujących transmisję. Często skład zmienia się minuty przed wejściem na żywo – mówi Klaudia.

Prawdziwy sprawdzian przyszedł już na samym początku tegorocznej edycji:

– Otwarcie z filmem „Dziki, dziki wschód” przyniosło ogromną frekwencję mediów. Sala pękała w szwach, a po samej konferencji korytarz przed biurem prasowym zamienił się w kłębowisko kamer, mikrofonów i reporterów łapiących obsadę na gorąco. To trwało kilkadziesiąt minut w niesamowitym ścisku. Nasza rola polega na tym, by w tym całym kotle zadbać o detale: mikrofony, kadrowanie kamer, wodę dla gości, komfort twórców i pracę dziennikarzy. Wszystko musi wyglądać profesjonalnie, bez względu na to, jak gorąco jest poza kadrem.

Kiedy gasną reflektory i zamykają się drzwi do widowni, one rzadko mają czas na świętowanie. Sprawdzają kolejne maile, przekładają identyfikatory, gumkują nazwiska na planie sali i odbierają wydzwaniające telefony. Festiwal w Gdyni jest świętem polskiego kina tylko dlatego, że one – architektki chaosu – każdego dnia dbają o to, by ten misterny dom z kart nie runął na oczach widowni.

 

Cenimy Twoją prywatność
Używamy opcjonalnych plików cookie, aby zapewnić najlepszą funkcjonalność strony. Jeśli odrzucisz opcjonalne pliki cookie, stosowane będą wyłącznie pliki cookie niezbędne do funkcjonowania strony. Więcej informacji znajduje się w naszej polityce prywatności