– Archiwum obejmowało też całą masę innych artefaktów: dziesiątki tysięcy fotografii, pamiętniki, wycinki prasowe, nagrody filmowe, przedmioty, twarde dyski i zapisy na taśmach w rozmaitych formatach. Było tego tak dużo, że potrzebowałem kilku kursów samochodem, żeby wszystko przewieźć – mówi Marcin Borchardt, reżyser filmu „Magic Hour”, który powstał na podstawie prywatnych filmów wideo Piotra Sobocińskiego.
Radosław Czyż
Radosław Czyż: Jak trafił do ciebie temat Sobocińskich?
Marcin Borchardt: Zadzwonił telefon z propozycją. Dostaję je czasu do czasu, najczęściej nic z nich nie wynika. Tym razem postanowiłem spotkać się z Basią Ławską, kierowniczką produkcji z Wytwórni Filmów Fabularnych i Dokumentalnych oraz Andym Chojeckim, producentem który od wielu lat mieszka w Los Angeles i był przyjacielem Piotra Sobocińskiego. Chciałem porozmawiać, bo padło magiczne słowo: rodzinne archiwum taśm i wideo.
To mnie zainteresowało. Chciałem się zorientować, co właściwie w tym archiwum jest. Kiedy jednak ktoś mówi: „film o Sobocińskich”, od razu pojawia się pytanie, co to ma być za film i o czym ma opowiadać. Witek, Piotr i ich praca są przecież ściśle związani z historią polskiej kinematografii. To dziedzictwo o fundamentalnym znaczeniu. Jak do tego podejść?
Typowe opowieści biograficzne w ogóle mnie jako autora nie interesują. Opowieść o karierze, kolejnych projektach czy jednym wyjątkowym filmie nie daje mi tego, co w dokumencie jest dla mnie najcenniejsze: pewnej filmowej stawki, wyzwania.
Dużo tych taśm było?
Okazało się jednak, że rodzinne archiwum jest gigantyczne. Piotrek i Witek przez wiele lat filmowali siebie i różne sytuacje. Najstarsze nagrania, zarejestrowane jeszcze na taśmach 8 mm, pochodzą z przełomu lat 40. i 50. Później pojawiło się cyfrowe wideo i filmować zaczął nie tylko Witek, ale również Piotr i inni członkowie rodziny. Kamera po prostu krążyła po domu.
W sumie było tego około 250 godzin, głównie materiałów bardzo prywatnych. Są tam jednak również rzeczy istotne z punktu widzenia historii kinematografii: zapisy planów filmowych, między innymi „Faraona”, później filmów Kieślowskiego czy hollywoodzkich produkcji, przy których pracował Piotr w latach 90.
Archiwum obejmowało też całą masę innych artefaktów: dziesiątki tysięcy fotografii, pamiętniki, wycinki prasowe, nagrody filmowe, przedmioty, twarde dyski i zapisy na taśmach w rozmaitych formatach. Było tego tak dużo, że potrzebowałem kilku kursów samochodem, żeby wszystko przewieźć.
Jak długo trwało samo uporządkowanie materiału?
Dla mnie pierwszy etap, który nazywam dokumentacją, jest niezwykle istotny i zwykle trwa dosyć długo. To ogromna robota. Nie tylko musisz zapoznać się z istniejącym materiałem, który najczęściej nie jest w żaden sposób opracowany i stanowi po prostu chaos. Musisz też zrozumieć, z czym masz do czynienia, wejść w świat bohaterów i zastanowić się, czy w ogóle jest tam jakiś potencjał filmowy.
Pracę nad tym filmem można porównać do układania obrazu złożonego z miliona kawałków puzzli, które są rozrzucone i w żaden logiczny sposób nie tworzą całości. Materiał nie został przecież stworzony po to, żeby zrobić z niego film. I tu pojawia się gigantyczny problem: czy inwestuję swoją pracę i czas w coś, co później w ogóle da się przełożyć na opowieść, którą obejrzymy na ekranie?
I jak z tych 250 godzin zaczęła wyłaniać się jakaś opowieść?
Dosyć szybko zauważyłem, że bardziej interesuje mnie Piotr niż Witek. Stał mi się bliższy ze względu na swoją wrażliwość – zarówno artystyczną, jak i tę na poziomie czystej empatii. Na jego delikatność, interesujące spojrzenie na świat i na to, czym jest praca.
Jednocześnie bardzo interesował mnie mechanizm relacji ojciec–syn. Witek Sobociński był bardzo silną, dominującą osobą i Piotrek musiał się z tym zmagać. Musiał jakoś poukładać się z tą sytuacją rodzinną, o czym też w filmie mówię.
Jest tam scena, w której Witold i Piotr dostają nagrody na tej samej gali Camerimage i pojawia się pytanie o zazdrość ojca wobec syna.
Można by było o tym więcej opowiedzieć, ale nie chciałem rozwijać tego wątku, ponieważ to nie jest film głównie o ich relacji. Już zrobiłem film o ojcu i synu, „Beksińscy. Album wideofoniczny”.
Tutaj relacja ojca z synem jest bardzo ważna, ale ten film jest o czymś innym. Moment, o którym mówisz, to ten, w którym mój bohater, czyli Piotr, wyzwala się spod brzemienia ojcowskiego, ze wszystkimi jego konsekwencjami – pozytywnymi i negatywnymi.
Pozytywne są oczywiste: nauka zawodu, wejście w ten świat, pewien kapitał kulturowy, którego nie sposób przecenić. Z drugiej strony było ogromne ciśnienie, bo Witek był człowiekiem bardzo krytycznym wobec swoich najbliższych – zarówno wobec Piotra, jak i później wobec wnuków.