– Taniec to forma terapii. Od początku cywilizacji był formą dialogu z muzyką, znajdowaniem relacji z rytmem świata, po którym chodzimy. Dla mnie ciało zawsze było podstawowym narzędziem w pracy. Dużo lepiej i więcej czuję oraz komunikuję poprzez ruch niż poprzez słowo – mówi Jaśmina Polak, którą można oglądać w filmie „Exotic” Soni Orlewicz-Zakrzewskiej
Weronika Zarzecka
Weronika Zarzecka: Ile Mili jest w Jaśminie, a ile Jaśminy w Mili?
Jaśmina Polak: Z każdą rolą jest tak, że wkładasz w nią kawałek siebie. Ta historia jest napisana w oparciu o nasze, z Sonią, wspólne doświadczenia i obserwacje. To jest droga, którą obie podążałyśmy, a Mila jest wypadkową tejże drogi. Wątpliwości, niepewność, ocena, poczucie porażki czy własnej wartości to jest coś, z czym w świecie pole dance’u mierzymy się regularnie, tym bardziej, że jest się dosłownie postawionym naprzeciwko siebie samego – przed lustrem. Po powrocie z treningu zdarza mi się usiąść w samochodzie i płakać. I to jest w tym sporcie wspaniałe.
„Exotic”, jak na historię opowiadającą de facto o wysiłku – zarówno tym na rurze, jak i stricte wewnątrz własnej głowy – ma w sobie sporą ekranową lekkość. Którego spektrum było ci bliżej przy tworzeniu tego projektu? Ile w roli takiej jak Mila przyjemności, a ile poświęceń?
Największym moim szczęściem jest być w tej przygodzie z bliską mi osobą. To, że z Sonią, od samego początku jedziemy razem na jednym wózku dało nam możliwość dystansu do samych siebie, nową perspektywę na temat własnych obserwacji i ciągle nam przypominało, że przecież tu chodzi o dobrą zabawę. Stąd postać Mili, która jadąc na obóz bez przyjaciółki, traci ten rodzaj oparcia i nagle zostaje ze swoim wewnętrznym krytykiem sama. Na tym polega też jej zwycięstwo, że zaczyna być dla siebie wsparciem, które zwykła była dostawać od drugiej osoby.
Ta lekkość, o której mówisz, to jest triumf bohaterki, znalezienie humoru i dystansu na nieznanym jej terytorium. Tak jak wspominałam, w tym naszym świecie tańca na rurze, zresztą jak w każdym sporcie, poświęcasz się nieustannie, doprowadzasz do tego, że boli cię ciało, jesteś cała w siniakach, miewasz kontuzje, frustrujesz się – wszystko po to, żeby na krótką chwilę uzyskać efekt, z którego możesz być dumna. To jest poświęcenie, ale też cały sens i przyjemność.
Jak wyglądało twoje pierwsze zetknięcie z tym światem?
Na pierwsze zajęcia pole dance poszłyśmy z Sonią razem. Dość szybko stwierdziłyśmy, że oprócz treningów sportowych marzy nam się spróbować sił w exoticu. Wysyłałyśmy sobie różne inspiracje, a jedną z naszych głównych miłości była Polina Larovski. Od razu krzyknęłyśmy „boże, to jest dokładnie to, co nam w duszy gra!”.
Okazało się, że Polina uczy w Warszawie, więc natychmiast zapisałyśmy się do szkoły. I tak to się zaczęło. Pamiętam, że Martyna Dominikowska, właścicielka studio i trenerka, powiedziała do mnie: „to nie jest twój poziom kochana, musisz się najpierw nauczyć podstaw. Ale jeśli masz taki mental, że się nie zniechęcisz, bo odstajesz od grupy i będziesz trenować dalej, z głową, to próbuj”. No i tak do dzisiaj próbuję.
Mamy w Warszawie możliwość trenowania z wybitnymi osobami, każdy uprawia tę sztukę na swój sposób, od każdego można się tak dużo nauczyć. I przede wszystkim nieoczekiwanie znaleźć przyjaciół. Może nawet nazwałabym to rodziną, poza własną bańką. Dla mnie ten film jest przede wszystkim o tym – o wspólnocie ludzi, z którymi, gdyby nie pole dance, prawdopodobnie nigdy bym się nie zetknęła. O wspólnocie jako podstawowej komórce społecznej, dzięki której jednostka może w pełni rozkwitać. O wyższości „społeczności” nad „środowiskiem”, tym ludzkim oczywiście.